Wywiad

Philippe Simonnot: Liberalna konwersacja z Anthonym de Jasay

Wywiad pierwotnie opublikowano 16 sierpnia 2012 r.

Philippe Simonnot[1]: Cały świat mówi o kryzysie. Naprawdę żyjemy w kryzysie?

Anthonym de Jasay[2]: Nie, z pewnością nie. Kryzys trwa godzinę. Kryzys to tipping point (punkt zwrotny) pomiędzy życiem a śmiercią. Dzisiejsza mowa o kryzysie jest nadużyciem języka, do którego nasze społeczeństwa nawykły.

PS: Ale jakiego słowa używać?

AJ: Po angielsku powiedziałbym shambles. Pomyłkowy nieład. Daremne poszukiwanie wyjścia. Bez rezultatu. Moment w którym maszeruje się w miejscu – po węgiersku mówi się: „na plecach żaby”.

PS: Co oznacza…

AJ: Mało miejsca i nisko! Nie bardzo da się poruszać w ten sposób.

PS: I od kiedy tak błądzimy?

AJ: Powiedziałbym, że od końca 2007 roku. Od momentu, w którym odkryto, że było jakieś 400 miliardów dolarów w sekurytyzowanych kredytach hipotecznych, które nie były takiej jakości, o jakiej nam mówiono. W owym czasie mówiłem: 400 miliardów to jest nic. Robić hałas wokół tego, jak robił to Dominique Strauss-Kahn z MFW i inni, nie miało żadnego sensu. To był płacz wilka (fr. fraz. wszczynać fałszywy alarm – przyp. tłum.) i wilk w końcu nadszedł. Te 400 miliardów były lekkie do przetrawienia. Ale proroctwo stało się samospełniające od lata 2008 roku. To tak, jak gdy krzyczy się „pożar” w teatrze. Wynikająca z tego panika może być śmiertelna.

PS: To powinno jednak spuścić z tonu. Jak wytłumaczy Pan ten wyścig na dno?

AJ: Nie wytłumaczę tego. W tamtym czasie mówiłem, że wszystko to uspokoi się. Ale była medialna histeria, która podważyła zaufanie do systemu. Śnieżka, którą wszyscy popychali po śniegu stała się górą! 400 miliardów stało się 4000 miliardów w wyobraźni inwestorów. Władze są trochę odpowiedzialne i głupie media szukające sensacji zmieniły incydent w katastrofę. Powszechnie uznani eksperci są gorszymi ekonomistami niż fryzjerzy czy kierowcy taksówek. W wyniku tego ciąg zdarzeń był fatalny. Zakwestionowano wiarygodność bilansów banków, którym zagrażało obciążenie kredytami hipotecznymi. Nazywa się to zapaścią kredytową. Banki nie ufają już nikomu, a zwłaszcza innym bankom.

PS: Więc rządy interweniowały.

AJ: Nie mogły zrobić nic innego.

PS: To zaskakujące, że taki liberał, jak Pan aprobuje tamte interwencje.

AJ: Nieliberalna maszyna produkcji popsuła się i potrzeba jej naprawienia stała się pilna. Liberalna reforma nie była możliwa natychmiast.

Państwa zatem zaczęły gwarantować bilanse banków – na astronomiczne sumy. Dodatkowo, zaczęły się „szoki” w gospodarce, jak to się mówi, realnej. Dla przykładu na rynku samochodów, których sprzedaż się zmniejszyła. Państwa wydawały bez opamiętania, więc były już na deficycie. Przed 2008 rokiem kraje, takie jak Wielka Brytania i Francja, były na etapie, w którym dług publiczny był na niebezpiecznym poziomie. Długi te były rezultatem przede wszystkim niekończącego się puchnięcia państwa opiekuńczego. Była pilna potrzeba zmniejszenia tych wydatków. Stało się całkiem przeciwnie.

PS: Jaka była rola euro w pogorszeniu sytuacji?

AJ: Euro skomplikowało wszystko. Od jego utworzenia aż do 2008 roku uważano, że obligacje greckie, hiszpańskie czy włoskie mają taką samą wartość jak obligacje niemieckie.

PS: Jak to było możliwe?

AJ: Robert Merton i Myron Scholes, nagrodzeni Nagrodą Nobla z ekonomii w 1997 roku, nawet firmowali swoimi nazwiskami fundusz Long-Term Capital Management (LTCM)[1] , który antycypował konwergencję rynków obligacji krajowych w przyszłej europejskiej unii monetarnej; LTCM był bliski bankructwa w 1998 roku i to powinno dać nam lekcję. Dopiero w 2009 roku uświadomiliśmy sobie, że te obligacje nie miały po prostu takiej samej wartości. To był straszny szok.

PS: Grecja została zakwestionowana jako pierwsza.

AJ: Tak, i zostaliśmy natychmiastowo zalani tą całą nieodpowiedzialną paplaniną o rzekomym efekcie domino, jeśli Grecja opuściłaby euro. Uratowanie Grecji było absolutnie koniecznie, powiadali, bo w przeciwnym razie upadnie cała strefa euro. Więc wstrzyknięto jakieś 240 miliardów euro w Grecję. Ale po co mamy ratować Grecję? Następujący po tym upadek euro wcale nie był pewny. Znów, to mogło być samospełniające się proroctwo. Ale wystarczyło tego proroctwa nie wypowiadać.

PS: Niektórzy zaczynają dziś, zwłaszcza Niemcy, mówić, że ten rezultat nie musiał być fatalny.

AJ: Argument, który mówi, że musimy ratować Grecję, żeby nie stracić tych 240 miliardów, które wstrzyknęliśmy jest głupotą. Te 240 miliardów już jest stracone. Nigdy ich nie odzyskamy. Oczywiście liczby te wciąż figurują w aktywach tego czy tamtego banku, czy innego organizmu. Ale to jest czysta fikcja. Pływamy w iluzji.

PS: Prywatne banki już zgodziły się na zmniejszenie swoich wierzytelności wobec Grecji.

AJ: Tak, ale to co zostało nie ma większej wartości tak samo. To przypomina mi przygody Crédit Agricole, które pożyczało znaczące sumy gangsterom korsykańskim. Oni skorzystali na tym kupując wszelkiego rodzaju dobra luksusowe. Nie spłacili tego nigdy. Crédit Agricole musiało wiedzieć o tym. Dopóki kredyty te były uwzględnione w bilansie nikomu to nie robiło krzywdy. A przynajmniej tak uważano.

PS: Więc byłoby lepiej, gdyby Grecja opuściła euro od razu.

AJ: Tak, z pewnością. Dzisiaj jej sytuacja jest beznadziejna. Jedyną rzeczą, która mogła ją wyciągnąć z tego była dewaluacja od 30% do 50%. Potem kurs wymiany nowej drachmy powróciłby do poprzedniej wartości.

PS: Ale dlaczego tego nie zrobili?

AJ: Nie chcieli zmierzyć się z rzeczywistością. Urzędnicy wyższego szczebla, którzy żyją w ciągłym stresie, wolą odwlekać bolesne decyzje.

PS: To nie politycy decydują?

AJ: Nawet Angela Merkel zrobiła to, co jej najlepsi doradcy powiedzieli, że ma zrobić. Dla przykładu Jens Weidmann, doskonały ekonomista, który jest teraz prezesem Bundesbanku. Potencjalne decyzje najpierw przygotowane są przez specjalistów, a pomysł prezentowany jest przywódcom politycznym dopiero wtedy, gdy są potrzebni.

PS: Niektórzy powołują się na względy strategiczne na rzecz utrzymania Grecji w strefie euro ze względu na jej bliskość z Bliskim Wschodem, zwiększone ryzyko terrorystyczne, jeśli wyjdzie, etc…

AJ: Nie wierzę w to. Ryzyko terrorystyczne jest jakie jest z czy bez euro.

PS: Hiszpania stanowi dużo ważniejszą część. Powinniśmy ją zachować w euro?

AJ: Jej utrzymanie jest możliwe. Hiszpanie działają z wielką odwagą. Poświęcono niemało świętych krów, np. w edukacji. Jeśli oni wytrwają w swoim staraniach, jeśli zajmą się problemem regionalnych deficytów, to będą uratowani.

PS: Ze stopą procentową 7%?

AJ: Każdego roku dziesiąta cześć hiszpańskiego długu zostaje wykupiona. 7% aktualnie odnosi się do tych dziesięciu procent, a nie całego zadłużenia, jak wierzą niektóre gazety. Z pewnością to jest trudne, ale nie jest to przeszkoda nie do pokonania. Jeśli wytrzymają jeszcze dwa lata, to im się uda.

PS: A Włochy? Teraz będzie ich kolej?

AJ: Włochy lub Francja. Francja wydaje mi się bardziej zagrożona niż Włochy, bo Francja nie robi tego, co powinna robić. We Włoszech rząd techników zaatakował kodeks pracy. We Francji nie wolno nam nawet mówić na ten temat. Jedyne co znamy, to podwyższanie podatków. Jeżeli byłbym menedżerem funduszu obligacji o stałym oprocentowaniu, to pozbyłbym się obligacji francuskiego Skarbu państwa i kupiłbym papiery włoskie. Ale trzeba obronić Montiego do następnych wyborów parlamentarnych w maju 2013 roku[4], a kolejny rząd nie będzie gorszy. Włosi są tak inteligentni i niewyedukowani ekonomicznie, jak Francuzi. Oni nie powtórzą błędu ponownego wyboru na premiera Berlusconiego z jego kontrowersyjnymi ministrami. Włochy są poważniejszym krajem niż Francja: godny podziwu przemysł, ich wysoki poziom oszczędności. To jest społeczeństwo nadal oparte na więzach rodzinnych, w przeciwieństwie do francuskich bobos[5] Bardzo szanuję średnie przedsiębiorstwa włoskie. We Francji jest ten idiotyczny podatek 75%. Nikt go nie płaci, ani gwiazdy pop, ani mistrzowie piłki nożnej, ani przyjaciele władzy. To jest ostentacyjnie anty-kapitalistyczny gest, zrobiony po to, aby zadowolić takich polityków, jak Benoît Hamon i Harlem Désir. Stąd też francuskie MŚP nie będą inwestować i będą starać się wywieźć jak najwięcej pieniędzy z Francji. Ten podatek niczego nie wnosi do budżetu, a będzie miał ogromny negatywny wpływ na morale przedsiębiorców.

PS: W tych warunkach euro ma przyszłość?

AJ: Dla mnie widok jest prosty i są tylko dwa rozwiązania. Gdy los Grecji zostanie rozstrzygnięty albo wszyscy wyjdą, albo wszyscy zostaną.

Wyjście dowolnego kraju jest bardzo trudne do przeprowadzenia. Weźmy dla przykładu Hiszpanię. Decyzja jest podjęta i nie da się jej utrzymać w tajemnicy. Natychmiast wyłoni się ruch, który nigdy nie wyglądał na potężny. Wszyscy Hiszpanie wycofają swoje depozyty ze swoich banków, aby powierzyć je bankom niemieckim, nawet z ujemnym oprocentowaniem.

PS: Czy to nie jest to, co obserwujemy dzisiaj?

AJ: Na ciągle jeszcze bardzo małym poziomie. Byłby tam gigantyczny potok. Natomiast gdyby wszyscy wyszli w tym samym czasie, to jakiś masowy odpływ tego rodzaju nie byłby możliwy.

PS: A jeśli Niemcy by wyszły same, ewentualnie w towarzystwie Finlandii i Luksemburga, jak chciałby Hans-Olaf Henkel, to co się stanie?

AJ.: Dla Hansa-Olafa Henkela, reprezentanta niemieckich pracodawców, strefa euro staje się strefą śródziemnomorską, a euro deprecjonuje się względem marki niemieckiej.

Jeśli wszyscy wyjdą w tym samym momencie, to żadna masowa ucieczka tego rodzaju nie jest możliwa.

Druga gałąź alternatywy: wszyscy zostają. Więc Hiszpania, Włochy zostają w euro. I trzeba będzie wyjaśnić francuskim socjalistom, że tego nie można kontynuować w ten sposób, że podnoszenie podatków może tylko pogrążyć kraj w recesji. Historyk francuski Pierre Gaxotte mawiał, że „wszystko się układa, choć często źle”. Ta formuła doskonale tutaj się stosuje.

PS: Euro nie było błędem od początku?

AJ: Było dużym błędem ponieważ nie możemy mieć wspólnej waluty na heterogenicznym obszarze Europy, w którym państwa członkowskie bronią swojej suwerenności fiskalnej. Jacques Delors i jego następcy, którzy nawoływali do utworzenia euro, moim zdaniem, byli doskonale świadomi pierwotnej wady swojej kreatury. Cynicznie wiedzieli, że to nie będzie funkcjonować i prędzej czy później trzeba będzie ratować euro tworząc federalną Europę, ich ostatecznego celu. Ich marzenie: stanąć na przeciw Ameryce, a nawet być jeszcze potężniejszym niż Stany Zjednoczone! Niezwykłe jest to, że euro przetrwało bez żadnego dramatu prawie dziesięć lat. Ale teraz dramat jest i wszystko będzie szło w stronę federacji.

PS: Naprawdę wierzy Pan, że możliwe jest zmajstrowanie europejskiego państwa federalnego w ciągu kilku miesięcy?

AJ: To nie jest niewykonalne. Z pewnością rząd centralny będzie mniej potężny niż ten waszyngtoński i w trakcie jego tworzenia popełni się wiele głupstw. Dla przykładu dadzą więcej władzy Parlamentowi Europejskiemu zamiast utopić go w oborniku, na co zasługuje. Ale być może będziemy mieć też bardzo znaczną redukcję suwerenności fiskalnej państw, co jest niezbędne. Można też spodziewać się także harmonizacji ochrony socjalnej, w sensie zmniejszenia państw opiekuńczych. Będą wstrząsy. Droga będzie uciążliwa.

PS: Czy to nie jest ślepy zaułek?

AJ: To byłaby dobra rzecz: uchronienie krajów członkowskich przed takimi wypadkami politycznymi, jak nadejście rządu socjalistycznego we Francji wraz z Partią Socjalistyczną, która jest najbardziej nieobliczalną i najgłupszą partią socjalistyczną świata – może za wyjątkiem tej w Korei Północnej. W tym wypadku władza Brukseli daje nam względne bezpieczeństwo. Wyobraź sobie Arnauda Montebourga z wolnymi rękoma!

PS: Można również zauważyć, że Bruksela pomogła Włochom pozbyć się Berlusconiego.

Inną wersją nadchodzącego federalizmu jest unia bankowa.

AJ: To nie zmieni zbyt wiele. Większość jest już zrobiona dzięki Umowom Kapitałowym Basel I, II i III.

PS: Co Pan sądzi o sytuacji gospodarczej Stanów Zjednoczonych?

AJ: Do następnych wyborów prezydenckich będziemy żyć kilka miesięcy w niepokoju z powodu miecza Damoklesa, który reprezentują automatyczne cięcia budżetowe, jakie nastąpią przed końcem roku. Ale mam zaufanie do USA, nawet jeśli Obama wygra. Gospodarka amerykańska jest dużo bardziej elastyczna niż europejska i jest w stanie udźwignąć deficyt publiczny do 2-3% PKB bez zbytniego dramatu, choć z małą komedią w Kongresie.

PS: Jednakże jest tam System Rezerwy Federalnej, który ma uruchomione maszyny drukarskie na pełnej prędkości…

AJ: To mnie nie martwi. Problem Stanów Zjednoczonych nie jest monetarny, tylko fiskalny. System Rezerwy Federalnej już zrobił dwie czy trzy iteracje luzowania ilościowego. Nic się nie stało po stronie cen, które pozostają stabilne.

PS: Pułapka płynności działa dobrze!

AJ: Tak, i to nie zmieni się z tygodnia na tydzień.

PS: Nie boisz się, że ta płynność w końcu rozleje się na rynki dóbr i spowoduje gwałtowny wzrost cen?

AJ: W najgorszym przypadku inflacja wyłoni czubek swojego nosa za dwa lata i w tym momencie System Rezerwy Federalnej zmieni swoją politykę. Ekonomiści niemieccy obawiają się zagrożenia deprecjacji monetarnej. Przeciwko tym obawom oponuje Mario Draghi, prezes Europejskiego Banku Centralnego i obecny niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble, który jest bardzo dobrym politykiem. Ale zgadzam się z Draghim. Jest mnóstwo czasu na zmianę kursu. Niebezpieczeństwem jest deflacja.

PS: Deflacja jest aprecjacją pieniądza; ona nie jest niezgodna z rozwojem gospodarczym, jak historia XIX wieku dobrze dowodzi. Nie sądzi Pan?

AJ: Deflacja i wzrost nie są niezgodne, ale deflacja powoduje ogromny transfer bogactwa od dłużników do wierzycieli, z uwagi na umowy długi i inne zobowiązania są wyrażone w wartościach nominalnych. Taki transfer nie jest korzystny dla firm. Powtarzam: deflacja jest groźna. W rzeczywistości gdybyśmy mieli inflację na poziomie 6% przez dwa czy trzy lata, to najbardziej palący problem zarządzania długiem byłby łatwiejszy do rozwiązania. Potem wróciłaby do 2% rocznie. Proszę spojrzeć co stało się z długiem lat 80-tych. Była inflacja na poziomie 14% i działania Systemu Rezerwy Federalnej sprawiły, że wróciła do 4% w kilka miesięcy.

PS: Moglibyśmy porozmawiać o Węgrzech?

AJ: Węgry padły ofiarą spisku orędowników praw człowieka, którzy poprzysięgli dobrać się do skóry premiera Viktora Orbána za to, że ten śmiał zdobyć dwie trzecie głosów w poprzednich wyborach kosztem socjalistów. Wywłaszczeni w ten sposób intelektualiści oraz trochę anglofonów i frankofonów przejęli zachodnich dziennikarzy i młodych dyplomatów, spotykali się regularnie w kawiarni budapesztańskiej New York Café (w hotelu Boscolo Budapest Hotel – przyp. tłum.). I napełnili im głowy wyimaginowanymi występkami nowej władzy. Cyganie są prześladowani, przejęto kontrolę nad mediami, niezależność sędziów jest zagrożona. W istocie sędziowie nie są bardziej zagrożeni w Węgrzech niż we Frencji, prasa jest zupełnie wolna i w dużej mierze lewicowa, a cyganie żądają karmienia przez rolników, którzy wolą żeby ich gospodarstwa nie zostały podpalone.

To prawda, że węgierska gospodarka nie radzi sobie dobrze. Wzrost gospodarczy jest znikomy. A perspektywy są złe dla inwestycji. Ale rząd obniżył deficyt poniżej 3% PKB, co nie udało się jak dotąd żadnemu innemu zachodniemu krajowi.

Orbán jest z pewnością człowiekiem, który przyjął na siebie trudność kontestacji, ale on nie jest głupi. Jest fundamentalnie uczciwy i ma czyste ręce. Ale Europa łyknie wszystko. Z powodu tej nagonki prasowej.

Niedawny artykuł w The Economist – skądinąd znakomitej gazety – sugerujący, że Orbán jest niemal faszystą. Jest coś stalinowskiego w tym języku, który tak zdradza siebie. Ponieważ Stalin zakazał używania słowa „nazizm” – dlatego, że w narodowym socjalizmie jest socjalizm. Dla niego wrogiem był faszyzm.

Zatem Bruksela jest przekonana, że Węgrom zagraża faszyzm. Partia skrajnej prawicy „Jobbik” pozyskała 12% elektoratu, prawie tyle co holenderska skrajna prawica. Ale nie sugeruje się, że Holandia jest faszystowska.

PS: A we Francji?

AJ: Do roku 2007 pokładałem wielką nadzieję w Nicolasie Sarkozym. Nie chciał postawić związków tam, gdzie ich prawidłowe miejsce i odciąć ich od finansowania z pieniędzy podatników. Został ofiarą podwójnej francuskiej choroby: niezrozumienia własności gospodarki i pasji rządzenia!

PS: Miał jeszcze tarczę podatkową (bouclier fiscal).

AJ: Kilka rzeczy faktycznie! Do majsterkowania! To nie był prawdziwy program liberalny. Duch Martina Hirscha przenikał wszystko po trochu. Państwo opiekuńcze poczyniło wielkie postępy. Nie wspominając o tym „otwarciu na lewicę”, co było dla mnie niepojęte.

PS: A François Hollande?

AJ: Hollande’a trudno jest traktować poważnie. On ma odwagę Chirac’a. Co oznacza, że też jest tchórzem. Odważył się powiedzieć, że będzie blokował wydatki publiczne, jednocześnie oświadczając, że zwiększy je w ministerstwach, które wydają najwięcej. Podobnie twierdził, że zwiększy podatki nie dotykając klasy średniej. Ale kto może wierzyć w te bajki? Za rok żaden Francuz nie ośmieli się przyznać, że głosował na Hollande’a.

PS: Czy ratunek Europy nie jest ostatecznie w niemieckim Trybunale Konstytucyjnym, który mógłby powstrzymać ten pęd na oślep?

AJ: Pokładam niewielką wiarę w tego rodzaju instancje. Jak można wierzyć, że nasi politycy pozwolą się zablokować kilku sędziom? W zasadzie nie wierzę w skuteczność konstytucji. Kraje, w których konstytucja jest solidną barierą dla nadużyć państwowych, nie potrzebują konstytucji; ich kultura przyzwoitości spełnia swoje zadanie. Konstytucje są stworzone do łamania kiedykolwiek tylko przeszkadzają…

PS: Na przykład?

AJ: Kraje skandynawskie. Ludzie zachowują się przyzwoicie. Nie potrzebują konstytucji. To co można umieścić w konstytucji, to data święta narodowego, dla przykładu. Ale nie zapisu, że nie wolno zastraszać sędziów. Nikt nie może powstrzymać rządu od zastraszania sędziów w ten sposób. To jest wyłącznie kwestia przyzwoitości, zwyczajów.

PS: Wielka Brytania nie jest przykładem tej perspektywy?

AJ: Coraz mniej! Naród wciąż jest przyzwoity, ale politycy tacy już nie są.

PS: A w Stanach Zjednoczonych?

AJ: Są dużo bardziej skorumpowani. Ameryka nie jest jeszcze socjalistyczna ponieważ deputowani są wybierani do Kongresu głównie dzięki pieniądzom bogatych prawników, lekarzy i wielkich przedsiębiorców, którzy są fundamentalnie anty-socjalistyczni. A politycy pozostają relatywnie lojalni względem tych, którzy ich finansują. Albo wstydzą się złamać swoje obietnice. Albo myślą o swojej przyszłej reelekcji.

PS: Nawet Demokraci?

AJ: Ogólnie rzecz biorąc, tak. Jest naprawdę niewiele takich, którzy są podatni na wpływy lewicowych związków, show-biznesu czy studentów, ale to mniejszość.

PS: Ostatecznie byłby Pan zwolennikiem republiki cenzusowej?

AJ: W sposób pośredni, tak. Prawo wyborcze pozostanie powszechne, ale la fortune compte (fr. fortuna liczy).

PS: A dlaczego nie republiki cenzusu bezpośredniego?

AJ: Niemożliwe. One man, one vote (ang. jeden człowiek, jeden głos) to jest święta sprawa. Wszyscy ludzie uważają się za równych.

PS: A Chiny?

AJ: Sytuacja nie jest zła. „Eksperci” podnoszą wrzaski, bo stopa wzrostu gospodarczego nie jest większa niż 7%. Ale Chiny nie mogły pozostać przy stopie 10% w nieskończoność. Spowolnienie było nieuniknione.

Trzeba o tym pamiętać. Ale ja bardzo podziwiam Chińczyków. Ludziom tak pracowitym nie może się powieść zbyt źle.

PS: Ciągle są rządzeni przez partię komunistyczną, która popełnia olbrzymie błędy.

AJ: Te błędy są proporcjonalne do ich władzy. Im większa władza, tym potężniejsze błędy. Ale w demokracji błędy są endemiczne. Zawsze znajdą się nowe dobre pomysły, żeby rozszerzyć państwo opiekuńcze. Władzę pozyskuje się wyłącznie obiecując więcej państwa opiekuńczego.

PS: Dyktatura byłaby lepsza?

AJ: Teoretycznie dyktatura może nie popełniać błędów i utrzymywać się w nieskończoność. Podczas gdy niedemagogiczna demokracja jest nie do pomyślenia.

Największym błędem chińskiego rządu był zakaz posiadania więcej niż jednego dziecka. Rezultat tej decyzji przysporzy wiele trudności. Ale Chińczycy pokonają tę ciężką próbę.

PS: Teoretycznie dyktatura może nie popełniać błędów, mówi Pan. Teoretycznie?

AJ: Argumentuję wyłącznie w kategoriach mechaniki, a nie moralności. Maszyna dyktatury może funkcjonować wiecznie, jeśli rządzący są wystarczająco inteligentni. Demokracja nie może istnieć bez demagogii. To nieuniknione. Demokracja, w której nie kupuje się głosów to sprzeczność wewnętrzna. Ale tam gdzie głosy są kupowane, powstaje stagnacja gospodarcza. RMI[5], RSA[6], SMIC[7] etc… to wszystko doprowadziło do 10% bezrobocia we Francji.


[1] Philippe Simonnot jest francuskim ekonomistą i dziennikarzem. Wykłada na Uniwersytecie Paris-X i Uniwersytecie w Wersalu. Autor komentarzy gospodarczych publikowanych m. in. w Le Monde i Le Figaro.

[2] Anthony de Jasay jest niezależnym myślicielem, żyjącym we Francji. Kształcił się jako ekonomista w Australii, potem był research fellow na Uniwersytecie Oksfordzkim. Następnie przeniósł się do Paryża i pracował w finansach. Obecnie jest na emeryturze i pozostaje aktywny jako niezależny ekspert. Jego książki przetłumaczone zostały na pół tuzina języków. Odnotować warto zwłaszcza „The State”, „Justice and its Surroundings” oraz „Social Contract, Free Ride”.

[3] Long-Term Capital Management L.P. (LTCM) był firmą zarządzającą funduszem hedgingowym z Greenwich, Connecticut, USA. Fundusz stosował strategię inwestycyjną bezwzględnej rentowności (absolute-return) w połączeniu z wysokiego stopnia dźwignią finansową. Firma została założona w 1994 roku przez Johna W. Meriwethera, byłego wice-dyrektora i szefa działu handlu obligacjami w Salomon Brothers. Członkami rady nadzorczej zostali m.in. nobliści Myron S. Scholes oraz Robert C. Merton, którzy zostali nagrodzeni Nagrodą Nobla w 1997 roku za opracowanie „nowych metod wyznaczania wartości derywatów”.

Główny funszu firmy, Long-Term Capital Portfolio L.P., upadł w późnych latach 90-tych, prowadząc do porozumienia zawartego 23 września 1998 między 16 instytucjami finansowymi – wśród których były m.in. Bankers Trust, Barclays, Bear Stearns, Chase Manhattan Bank, Credit Agricole, Credit Suisse First Boston, Deutsche Bank, Goldman Sachs, JP Morgan, Lehman Brothers, Merrill Lynch, Morgan Stanley, Paribas, Salomon Smith Barney, Societe Generale i UBS – na jego rekapitalizację (bailout) opiewającą na $3,6 mld pod nadzorem Systemu Rezerwy Federalnej.

Początkowo firma odnosiła sukcesy: w pierwszym roku zwrot (po opłatach) wynosił 21%, w drugim 43%, w trzecim 41%. W 1998 roku firma straciła $4,6 mld w mniej niż cztery miesiące po wybuchu azjatyckiego kryzysu finansowego i rosyjskiego kryzysu finansowego. Fundusz wymagał interwencji Systemu Rezerwy Federalnej, następinie został wprowadzony w postępowanie upadłościowe i został rozwiązany na początku lat 2000. (przyp. tłum.).

[4] Wybory te odbyły się wcześniej. Jak podaje Wikipedia: „Na początku grudnia 2012 Lud Wolności Silvia Berlusconiego ogłosił wycofanie swojego poparcia dla urzędującego od listopada 2011 technicznego rządu. Premier Mario Monti po uchwaleniu budżetu 21 grudnia podał się do dymisji. W rezultacie tej decyzji wybory parlamentarne zostały przyspieszone o około dwa miesiące – prezydent Giorgio Napolitano wyznaczył je na 24 i 25 lutego 2013.” – przyp. tłum.

[5] Zbitka wyrazowa składająca się ze słów „bourgeois” (burżuazja) i „bohemian” (bohema). Pierwszy raz wyrażenie zostało użyte przez dziennikarza New York Timesa Davida Brooksa w jego książce „Bobos in Paradise”, aby nadać nazwę nowej, amerykańskiej klasie średniej, która łączy w sobie cechy tradycyjnego, zamożnego mieszczaństwa oraz hippisowskich wartości kontrkultury lat 70-tych. Zdaje się, że bardziej powszechnym w Polsce odpowiednikiem „bobos” jest subkultura wielkomiejskich „hipsterów” (przyp. tłum.).

[6] Revenu minimum d’insertion – zasiłek francuski funkcjonujący od 1988 do 2009 roku, pobierany przez obywateli francuskich, którym z racji nieodkładania składek nie przysługiwał zasiłek dla bezrobotnych. Został zastąpiony przez RSA.

[7] Revenu de solidarité active – zasiłek francuski, który zastąpił RSA w 2009 roku. Jego celem jest dostarczenie minimalnego dochodu bezrobotnym oraz dopłacanie pracującym w niepełnym wymiarze. Zasiłek zakłada też pomoc w znalezieniu pracy i dopłacanie do pensji, jeśli płaca w nowej pracy jest niższa od kwoty zasiłku.

[8] Salaire minimum interprofessionnel de croissance – płaca minimalna poniżej której we Francji nie wolno zatrudnić pracownika. Jest rewaloryzowana każdego roku 1 stycznia według specjalnego algorytmu, którego podstawą jest wzrost średniego wynagrodzenia i inflacji.


Autor: Philippe Simonnot
Tłumaczenie: Tomasz Kłosiński
Źródło: ndf.fr

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *