Publicystyka

Sowieckie dziedzictwo

Tłumaczenie artykułu, który pierwotnie został opublikowany w 3 września 2007 r. na łamach Library of Economics and Liberty, a następnie ukazał się w książce Political Economy, Concisely: Essays on Policy that does not work and Markets that do, za zgodą „Liberty Fund”

Kraje, które cienko przędły w ponurej egzystencji za żelazną kurtyną pomiędzy 1945 i 1989 rokiem były koloniami bezprecedensowego rodzaju. Każda kolonia w nowoczesnej historii została skolonizowana przez państwo, które było lepsze w kluczowych aspektach cywilizacji, technologii, umiejętności organizowania i rządzenia. Europejskie kolonie Związku Sowieckiego miały wyjątkowe nieszczęście bycia poddanymi władzy, która była gorsza we wszystkim za wyjątkiem brutalnej siły. To było trochę tak, jakby Belgia została kolonią kongijską. To może zresztą jeszcze się zdarzyć, ale nie za naszego życia.

W przeciwieństwie do wszystkich innych, kolonie sowieckie nie miały nic do zyskania i nic wartościowego do nauczenia się od okupanta. To czego narody pod rządami Rosjan się nauczyły to niegodziwość, cynizm, łgarstwo, obłuda i wzajemna nieufność. Ich mieszkańcy nie chcieli się nauczyć rzekomych cnót człowieka socjalistycznego, przedstawionego na przykładzie dobrego obywatela sowieckiego, który poświęcał swoje życie, aby służyć celom wyznaczonym mu przez komunistyczne przywództwo. Nie skończyli całkiem źle; rozwinęli potencjał samoobrony, pomysłowości w obliczu potrzeby, oporu w obliczu siły oraz szybkiego chwytania okazji.

Wspólną cechą wszystkich tych kolonialnych poddanych była cicha pogarda wobec sowietów oraz rodzimych władz, które działały na rzecz Rosjan. Pogarda dla władz pociągała za sobą pogardę dla jej praw. Okradanie państwa stało się sportem, a nie niewłaściwym zachowaniem. Istniała głęboka pogarda dla sądownictwa i policji, które realizowały coś, co postrzegane było jako kpina, a podawało się za rządy prawa. Brak szacunku dla prawa państwowego, nie został jednak skompensowany większym poszanowaniem przez społeczeństwo jego własnych, niepisanych reguł konwencjonalnych, określających przyzwoite zachowanie, głównie dlatego, że więzi normalnie łączące współpracowników, kolegów, a nawet zwykłych obcych zostały przetarte tak cienko w wyniku maniakalnego szarpania przez spaczoną dyktaturę, która rządziła przez zastraszanie, okłamywania i niszczenia wszelkich związków za wyjątkiem lojalności wobec państwa.

Każde społeczeństwo w bloku sowieckim zostało przecięte horyzontalnie na dwie części. Górna część składała się z nomenklatury, rangi w szeregach partii i teczki wspierającej ją, oraz tajnej policji, która musiała chronić urzędującej u władzy całej warstwy, włączając w pierwszej kolejności bezpieczeństwo swojego urzędowania. Komiczny jest fakt, że tajna policja niemal w każdym kraju satelickim nazywała się policją lub służbą „bezpieczeństwa”, choć jedynym bezpieczeństwem jakie niosła za sobą, było bezpieczeństwo pasożytowania nad zwykłymi ludźmi przez nią i jej wspólników.

Jak wszędzie indziej, zwykli ludzie tworzą dolną klasę, z jedną jednak różnicą. Wszędzie indziej istnieje pewna mobilność w górę powodowana głównie zdolnościami, wysiłkiem i szczęściem. W sowieckich koloniach mobilność od dolnej do górnej warstwy zależała w pierwszym rzędzie od dowodów wierności i użyteczności dla partii. Dowody, które najczęściej zawierały donosy i zdradę bliźnich oraz hipokrytyczną błazenadę i pochlebstwa dla władców.

Doprawdy uderzającą cechą powojennej historii tej części Europy jest to, że nigdzie nomenklatura, partyjni pismacy i tajna policja nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Gdy Niemcy Hitlera upadły, zachodni alianci w ich strefach okupacyjnych zainicjowali szeroko zakrojony proces „denazyfikacji”, zwalniając i zakazując wykonywania pewnych publicznych stanowisk czy wysyłając do więzienia tych, którzy odgrywali aktywną rolę w nazistowskich zbrodniach. Wielu z nich uciekło do strefy sowieckiej, gdzie Rosjanie, a potem „Niemiecka Republika Demokratyczna” znalazła w nich przydatnych kolaborantów. Ale gdy w 1989 roku sowieckie kolonie odzyskały swoją niezależność, bossowie partyjni i oficerowie tajnej policji, nie wspominając o drobnych funkcjonariuszach, wszyscy uszli bez szwanku, tym bardziej jeśli deklarowali, że od zawsze byli socjaldemokratami w głębi serca. Poza tymi, którzy byli winni (trudnych do udowodnienia) morderstw i tortur, reszcie milcząco odpuszczono upokorzenie i nędzę, które wyrządzili swoim własnym narodom w czasie, gdy korzystali z władzy, prestiżu i przywilejów, które zwykle przypadają członkom udanych zmów przestępczych. Hasłem przewodnim było: „żadnego polowania na czarownice”. Gdy w początkach 2007 roku nowy polski rząd rozpoczął spóźnioną kampanię przesiewania byłych agentów tajnej policji i ich cywilnych pomocników (pośród których większość kolaborowała pod przymusem), duża część polskiej opinii protestowała, odbijając się głośnym echem wśród intelektualistów w Europie Zachodniej, którzy przywoływali słynną historię makkartyzmu w USA. Przesiew może lub nie, stać się paskudnym polowaniem na czarownice, ale rezygnacja z niego byłaby utwierdzeniem rozpowszechnionego przekonania, że dopóki naprawdę nie obrabujesz banku lub nie napadniesz na staruszkę przed kilkoma wiarygodnymi świadkami, nie musisz płacić za swoje przestępstwa i zawsze możesz odejść z owocami swojego bandytyzmu.

Dzięki polityce „żadnego polowania na czarownice”, gdy prywatyzacja się zaczęła, byli oficerowie tajnej policji, byli liderzy młodzieżówek komunistycznych i byli „czerwoni dyrektorzy” byli obecni na blokach startowych, gotowi do wskoczenia i zawłaszczenia własności państwowej. Mieli przewagę swoich własnych, już utkanych sieci ex-towarzyszy, którzy „wiedzieli co i jak” i którzy z łatwością mogli sobie nawzajem pomóc, aby ich kariery ułożyły się gładko. Obecny (Ferenc Gyurcsány, premier w latach 2004-2009 — przyp. tłum.) premier Węgier, ex-członek młodzieżówki komunistycznej i członek, na skutek małżeństwa, potężnego komunistycznego klanu, obecnie miliarder, zarobił swoje pierwsze miliony kupując państwowy majątek za symboliczne ziarnko pieprzu, a następnie po upływie niewielkiego czasu odsprzedając je z powrotem państwu za wiele milionów. Ekstremalnym przypadkiem jest Bułgaria, w której praktycznie cały przemysł i handel dostał się w ręce byłych oficerów tajnej policji. To właśnie w Bułgarii zlecanie zabójstw rywali biznesowych jest najczęstszy. Można się zastanawiać, czy istnieje pewna przyczynowa relacja pomiędzy strukturą własności a tym siłowym rodzajem konkurencji.

Czyż nie można powiedzieć, że podczas gdy sowieckie dziedzictwo nie jest ładne, to nie wyrządziło realnej szkody, jako że europejskie ex-kolonie Rosjan są teraz championami wzrostu gospodarczego? Pomimo niemal zupełnej fiskalnej nieodpowiedzialności (która kupiła obecnemu [byłemu — przyp. tłum.] rządowi wygraną w wyborach), nawet Węgry osiągają wzrost 4-procentowy, 6% jest normalką w Polsce i Czechach, podczas gdy kraje bałtyckie pokonują próg 10% od kilku lat. W obliczu takiej wydajności, czy endemiczna i bezwstydna korupcja naprawdę ma znaczenie?

Łatwo jest zapomnieć głębokość ubóstwa, zrujnowanej infrastruktury i niemal obłąkanych planów inwestycyjnych, w których te kraje zostały utopione podczas sowieckich rządów i socjalistycznego zarządzania. Niektóre wielkie kompleksy przemysłowe w zasadzie działały przy negatywnej wartości dodanej, co oznacza, że ich wkłady zakupione po cenach światowych kosztowały więcej niż wartość skończonych produktów; to z kolei oznacza, że gdy je zamknięto i wysłano robotników do domów, to nastąpił wzrost dochodu narodowego. Obecne wysokie stopy wzrostu w tych krajach są głównie połączonym rezultatem stopniowej eliminacji takich absurdów, nagłym przypływem pożyczanych od Zachodu nowych technologii oraz napływem kapitału i zarządzania powodowanym przez taniość miejscowej siły roboczej — dokładnie w tej kolejności ważności. Wszystkie te dopalacze wzrostu są mile widziane, ale niemal z definicji tymczasowe. Niektóre bieżące polityki gospodarcze byłych satelit sowieckich są interesujące i obiecujące, o ile przetrwają; radykalne reformy podatkowe i przejście od złożonych struktur podatkowych do podatku liniowego jest jedną z nich. Niemniej łatwy wzrost w fazie nadrabiania raczej nie potrwa dłużej niż 15 do 20 lat.

Rola korupcji, która stała się endemiczna w epoce kolonialnej jest wielkim znakiem zapytania. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że korupcja jest racjonalną metodą alokacji zasobów, jako że najbardziej wydajny dostawcą jest ten, kto zaoferuje wyższą łapówkę, aby zdobyć rządowy kontrakt — i dobrą rzeczą jest to, że go dostaje. Jednak mówiąc tak zapomina się, że łapówkarstwo nie jest otwartą aukcją, lecz potajemną transakcją, która w dodatku ma takie nie-cenowe aspekty jak zaufanie i relacje. Co więcej, nawet w otwartej aukcji mniej efektywny może być w stanie zaoferować wyższą łapówkę niż bardziej efektywny, jeśli by mógł dostarczyć tańszą, bardziej tandetną pracę dzięki protekcji łapówkobiorcy — opcja nie dostępna dla konkurencja dostarczającego dobra wysokiej jakości przy wysokich kosztach. Stosy można napisać o skutkach korupcji i może nie być dostępnej bezspornej konkluzji w teorii ekonomii. Przeczucie jednak podpowiada, że niezależnie od tego jaki wpływ na koszty i jakość korupcja może mieć w przypadku pojedynczej transakcji, jej szerszy wpływ na zachowanie i gotowość do gry według reguł całych narodów oglądających kwitną korupcję nie może nie wyrządzić poważnych zniszczeń. Dobrobyt jednak, mimo wszystko, zależy od karania złego zachowania.


Autor: Anthony de Jasay
Tłumaczenie: Tomasz Kłosiński
Źródło: econlib.org, oll.libertyfund.org